StockWatch.pl: Energia to strategiczny towar. Nie może go zabraknąć, zawsze będą na nią klienci, zużycie rośnie. Ceny końcowe nie wskazują na to, żeby na rynku była jakaś konkurencja. Jednak w produkcji i handlu energią mamy wolny rynek. Jak on wygląda?
Grzegorz Onichimowski: Dla przejrzystości obrazu proponuję skupić się na energii elektrycznej. Bo jeśli spojrzeć na energię ukrytą w paliwach, to zakresy wahań cen rynkowych są tak szokujące i nieuzasadnione fundamentalnie, że jakiekolwiek przewidywania zawsze są obarczone dużym ryzykiem. Na rynku energii elektrycznej oczywiście też są wahania, lecz mamy do czynienia z wyraźnymi trendami. Krótkookresowe zmienności bywają znaczne, co wynika z normalnej gry popytu i podaży, która na tym rynku jest oparta nie tyle o nastroje inwestorów czy ogólny sentyment, ale o czynniki techniczne i pogodowe.
Proszę zwrócić uwagę, że energia to jedyny towar, którego nie można przechowywać. Istnieją wprawdzie na to sposoby, na przykład elektrownie szczytowo-pompowe, co nie odbywa się bez strat, ale okazuje się, że się jednak opłaca. A to dlatego, że w ciągu doby zużywamy energię nierównomiernie. Lubimy sobie pospać, są rozmaite sytuacje, przy których lubimy zgasić światło, natomiast są takie momenty w ciągu doby, kiedy nagle wszyscy sięgamy po włącznik, uruchamiamy obrabiarki, piece czy inne energochłonne urządzenia. A elektrownia, szczególnie taka, jakich w Polsce jest najwięcej, czyli termiczna, lubi jechać potocznie mówiąc, pod sznurek, czyli cały czas produkować mniej więcej tyle samo. Równomierna podaż i nierównomierny popyt sprawiają, że rynek jest ciągle narażony na to, że energii jest w danym momencie za mało albo za dużo. Te dysproporcje powodują czasami ogromne skoki cen, na przykład przy aktualnych cenach rzędu 50 euro na zachodzie, dwa tygodnie temu na rynku francuskim cena podjechała w ciągu kilku godzin do 700 euro za megawatogodzinę. Natomiast w dłuższych okresach zmienność jest mniejsza, a przewidywalność większa, ponieważ działa stabilizacja ze strony rynku derywatów. W Polsce jeszcze on nie istnieje, ale na przykład w Skandynawii prawie idealnie izoluje odbiorców od zmienności, które zachodzą w krótkich okresach.
zdjęcie)!!!!!!!!!!!!!
Mówimy cały czas o hurtowym odcinku łańcucha dostaw. A jak z mechanizmów rynkowych może skorzystać klient końcowy?
Ostatnio coraz więcej mówi się o uczestniczeniu klienta w rynku energii. Niesie to za sobą pewne ryzyko, ale z drugiej strony klient może mieć benefity wynikające z tego, że ta cena rynkowa raz rośnie, a raz spada. My wszyscy jako konsumenci widzimy tylko co roku wyższy rachunek. Nie wiemy tego, że chociażby w tym roku cena energii elektrycznej na rynkach hurtowych w Polsce była dużo niższa niż w roku ubiegłym i tej zniżki niestety nie odczuliśmy.
Czy to oznacza, że spółki energetyczne więcej zarabiają na większej marży?
Wytwórcy zapewne tak, ale pośrednicy niekoniecznie, bo część z nich zaopatrywała się w kontraktach długoterminowych w zeszłym roku, kiedy cena była bardzo wysoka. Cały czas mówię o cenie w krótkim okresie. Zarobili ci, którzy ryzykowali, bo nie mieli zabezpieczonych cen, pozostali relatywnie stracili, lecz wcześniej zdecydowali, że chcą pozbyć się ryzyka.
Czy w ostatnich 10 latach upadła jakaś elektrownia? Czy na tym biznesie da się stracić?
Nie znam przypadku, żeby upadła jakaś elektrownia. Znam rzadkie przypadki firm w kiepskiej kondycji finansowej i posiadających w swoich aktywach elektrownie, będących potencjalnym celem łatwego i taniego przejęcia.
Elektrownie miewają różne rozmiary, od bardzo małych, na przykład nowych projektów elektrowni wodnych, które aktualnie zaczynają szukać w Polsce kapitału, przez farmy wiatrowe aż do kombinatów jak niedawny debiutant PGE. Czy skala ma znaczenie dla efektywności i zyskowności tych spółek?
Tak, choć nie dzieje się to z automatu. Trzeba wspomnieć, że dla inwestora w sektorze energetycznym bardzo istotnym ryzykiem jest ryzyko delikatnie mówiąc regulacyjne. O ile ceny na poziomie hurtowym nie są regulowane, to są one pochodną wielu czynników ustalanych na poziomie politycznym. W Polsce istnieje na przykład silny system wsparcia energetyki odnawialnej – te wspomniane małe elektrownie wodne i farmy wiatrowe korzystają z tzw. zielonych certyfikatów. Gdyby je nagle anulować, czyli wycofać pomoc, to ryzyko inwestowania w tego typu przedsięwzięcie znacznie wzrośnie. Natomiast wielkość spółki przekłada się na redukcję ryzyka nie dzięki ekonomii skali, tylko z racji dywersyfikacji. Grupa CEZ posiada na przykład różnej wielkości elektrownie, ale poza tym zarabia na handlu hurtowym i na dystrybucji, czyli fizycznym przesyle energii.
Jesteśmy świeżo po debiucie PGE, który okazało się wielkim sukcesem. Jest to kolejna spółka energetyczna, którą rząd wprowadził na giełdę. Deklaruje, że podobnie jak z Enei, tak z PGE będzie w niedługiej przyszłości wychodził sprzedając kolejne pakiety. Dlaczego rząd to robi? Czy nie ma nic innego do sprzedania? Czy sprzedaje z dużą premią? Czy jest przymuszony, czy to działanie biznesowe?
Wszystkiego po trochu. Na pewno jest przymuszony i
tego nie kryje, że dziurę budżetową zasypuje się dochodami z
prywatyzacji. Ale jednocześnie firma wymaga znacznych inwestycji
kapitałowych oraz restrukturyzacji sposobów zarządzania. Ten rząd na
pewno zdaje sobie sprawę, że standardy menedżerskie w spółkach
giełdowych są wyższe niż w wypadku firmy państwowej. Myślę, że
podniesienie poziomu zarządzania, wprowadzenie kultury korporacyjnej,
dialogu ze związkami zawodowymi to także istotne przesłanki
wprowadzenia spółki na parkiet.
Od strony biznesowej, jeśli rząd
będzie miał 34 proc. w dobrze kierowanej spółce giełdowej, gdzie na
głowie zarządu są również inwestorzy patrzący mu na ręce, to może być z
tego większy pożytek niż ze 100 proc. w spółce gdzie mają miejsce
naciski, powiązania i inne zjawiska wynikające z faktu, iż właścicielem
jest ktoś tak nieokreślony jak państwo.
Energetyka to nie tylko producenci – równie ważne są firmy dystrybucyjne. Jaka jest jakość naszych systemów przesyłowych, w jakim są one stanie? Czy nie grożą nam przerwy w dostawie prądu?
Mieliśmy je ledwie kilka tygodni temu, kiedy nagle w
październiku spadł śnieg i okazało się, że kilkaset tysięcy ludzi w
całym kraju nie ma prądu. Nasze sieci są w bardzo złym stanie. To
wynika z wieloletnich zaniedbań i zapóźnień, niestety ciągle się
powiększających. Nawet w grupach pionowo zintegrowanych, gdzie
występują jednocześnie firmy produkcyjne i dystrybucyjne, widać że te
pierwsze są pieszczochem, a te drugie nie chcianym kłopotem.
Dystrybucja po prostu jest biznesem regulowanym i powinna być
oddzielona od koncernów. Powierzając je długoterminowym inwestorom,
którym wystarczy stabilny zwrot na kapitale o parę procent większy niż
stopa wolna od ryzyka, pomożemy je doinwestować i lepiej zarządzać. Ten
biznes to monopol naturalny, na którym stracić się nie da, ale i
zarobić dużo nie sposób.
Ale jest też problem pozamerytoryczny, to
znaczy nasza mentalność. Każdy chce mieć prąd w domu, ale na słupy w
pobliżu już nie chce się zgodzić. Inwestycje są konieczne, chcemy
korzystać z ich efektów, ale nie godzimy się na ustępstwa. Potrzebne są
ustawowe zmiany, takie jak dotyczące dróg.
W modzie jest rozmawiać o nowych źródłach energii. Wydaje się, że w zasięgu ręki są źródła nieograniczone. Czyste, niewyczerpane i powszechnie dostępne: woda, słońce. Co to oznacza dla biznesu? Czy pieszczochy będą miały gorzej mając nową konkurencję? Skąd będziemy czerpać energię w przyszłości?
Myślę, że za 10 lat będziemy ją czerpać dokładnie z tych samych źródeł, co dziś. Jest tylko pytanie, czy będziemy już wtedy w wystarczającej fazie inwestowania w nowe źródła, żeby za kolejne 15 lat sytuacja mogła pójść dalej. Nie wolno bowiem zapomnieć, że mówimy o inwestycjach bardzo długoterminowych. Na dodatek dzisiaj te modne technologie są obciążone olbrzymim ryzykiem wdrożeniowym. Wiemy, że są możliwości, ale jeszcze ich nie wypróbowaliśmy w praktyce, o komercjalizacji nie wspominając. Wyjątkiem jest energetyka wiatrowa, która nadal będzie się rozwijała, ale ona też ma swoje ograniczenia: wiatr wieje akurat nie wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebny. Nowe źródła oparte są o zjawiska, które potrafimy opisać, ale nie potrafimy ich wywołać – należą one do grupy o tak zwanej niskiej regulacyjności.
Wśród pieszczochów widać determinację we wdrażaniu nowych technologii. Ja to nazywam pół żartem religią CO2 – to znaczy na użytek opinii publicznej redukcja emisji sprzedawana jest jako walka z globalnym ociepleniem – ale filozofia, tych którzy decydują o wprowadzeniu aż tak dużych restrykcji polega na uniezależnieniu się od ropy, która się prędzej czy później skończy. W warunkach rynkowych wiele oczywistych sygnałów wykrywane jest za późno. Ten prawdziwy sygnał, że kończy nam się ropa, pojawi się rzeczywiście wtedy, kiedy jej już nie będzie. Dlatego chcemy zadziałać wcześniej i kupić czas potrzebny na przestawienie się na inne źródła. Cała promocja redukcji emisji CO2 to świadome popychanie ludzkości w kierunku uniezależnienia się od paliw kopalnych zanim będzie za późno.
Dzisiaj nie wiemy czy zastąpią je wiatr, woda, czy może słońce. Większość technologii nie została jeszcze wypróbowana. Mówi się o tym, że gdybyśmy zastawili pół Sahary panelami to zasililibyśmy całą planetę – tylko nie ma sieci przesyłowej, aby tę energię odebrać i rozprowadzić. I tu znowu wracamy do dylematu słupa energetycznego w naszym ogródku. Bo nie zawsze on będzie u sąsiada, czasem będzie u nas.
Na razie branża gromadzi gotówkę, inwestuje i testuje możliwości. Firmy na pewno będą szukały nowych rozwiązań i sukces bardzo się opłaci. Tylko inwestycje nie mogą iść w ciemno, bo nikt nie zagwarantuje tego sukcesu. Powinniśmy przyglądać się, kto co robi, pytać zarządy, jakie mają pomysły by sprostać nowym wyzwaniom – na przykład jak rozwiązują gospodarkę uprawnieniami CO2. Przyszłość jest nieznana, może się na przykład pojawić się kolejny przełom technologiczny i ostatni staną się pierwszymi. Ale raczej bym na to nie liczył.
Na polskiej giełdzie jest już całkiem duży wybór spółek energetycznych, także paliwowych. Co powinien zrobić inwestor, który chce na długi czas wejść w tę branżę? Czy samemu dywersyfikować portfel i kupić trzy-cztery spółki z różnych odcinków, np. Bogdankę, PEPa i Będzin? Czy raczej oddać dywersyfikację w ręce zarządów i kupić akcje Enei albo PGE?
Poszedłbym w tę pierwszą strategię z powodów wcześniej wymienionych. Nie widzę jeszcze sygnałów, żeby duże spółki szukały innowacyjności. Oczywiście PGE ma plany dotyczące energetyki jądrowej, ale czy wypalą i czy w ogóle są prawidłowe, trudno ocenić. Nie stroniłbym od małych spółek, które idą mocno w nowe technologie. Szczególnie, jeśli mają już jakiś dorobek i przedstawiają ciekawe plany. Z tymi gigantami poczekajmy, aż się troszeczkę zreformują. One mają dodatkowy kłopot: jeśli w 2012 roku wejdziemy w pełen aukcjonizm CO2, to nasza energetyka węglowa stanie się kompletnie niekonkurencyjna. Tylko słabość transgranicznych linii przesyłowych może je uratować, bo inaczej import bardziej opłacalny niż kupno polskiej energii. Jeśli dodatkowo zastosujemy manewr, o którym się mówi po zeszłorocznym szczycie w Brukseli, tj. darmowe premie dla części elektrowni, to będzie jeszcze gorzej – bo stary złom będzie mógł konkurować z nowymi jednostkami nie jakością, tylko dopłatą. Tym samym będziemy się jeszcze bardziej pogrążać w średniowieczu energetycznym. A wcześniej czy później okres przejściowy się skończy i wszystko się z wielkim hukiem zawali.
Polacy są narodem zaradnym i przedsiębiorczym. Czy jest realna taka wizja, że w perspektywie kilkunastu lat powstaną lokalne spółdzielnie czy zrzeszenia grupujące małych wytwórców energii, sprzedających swoją produkcję poprzez giełdę energii?
Zbyt małe przedsiębiorstwa nie będą się opłacać, ale już teraz na poziomie samorządowym powstają rozmaite fundusze, które zarządzają aktywami wielu takich niewielkich inicjatyw energetycznych. Ten sektor budzi coraz większe zainteresowanie, także inwestorów indywidualnych chcących inwestować w energię – niekoniecznie fizyczną, ale w oparte o nią instrumenty finansowe, bo te będą solidnym papierem zyskującym na wartości. Zmiany w prawie energetycznym idą w tym kierunku, żeby dać giełdzie podstawową płynność na rynku fizycznym. Pozwoli ona w następnym kroku na stworzenie instrumentów pochodnych.
Kiedy inwestor indywidualny będzie mógł obracać certyfikatami lub kontraktami na giełdzie energii?
Rozpoczęcie notowań pierwszych instrumentów finansowych opartych o energię na pewno nastąpi w przyszłym roku. Takie instrumenty oferowane są przez wiele firm inwestycyjnych na Zachodzie, dlatego u nas też chcemy zaprosić część domów maklerskich do działania na rynku energetycznym. Wspomniana nowelizacja prawa zakłada również to, że domy maklerskie będą mogły handlować energią w imieniu odbiorców końcowych. Wtedy klienci będą chcieli zacząć się zabezpieczać przeciwstawnymi transakcjami i miejmy nadzieję, rynek ostro ruszy z miejsca.
Zależy wam na obrocie generowanym przez inwestorów indywidualnych?
Bardzo nam zależy na pobudzeniu tej części rynku energetycznego, którą są odbiorcy. Dziś mamy do czynienia z ewidentną nierównowagą, której na rynku kapitałowym na szczęście już tak dużej nie ma, bo inwestorzy w masie stanowią istotną przeciwwagę i gdy ceny akcji idą w dół, to zarządy mają duże problemy. Tego dotąd nie było w wypadku spółek energetycznych. Siła odbiorców była zerowa, bo wszyscy traktowaliśmy rachunek z elektrowni jak dopust Boży, a to musi się zmienić. Rynek jak każdy inny.
Dziękuję za rozmowę i życzę, by światło nigdy nie zgasło.
Ja też tego sobie życzę, a nawet, żeby trochę tej energii zawsze było trochę więcej niż akurat potrzeba, bo tylko wtedy rynek będzie działał.
rozmawiał Marcin Przasnyski
